Witam w Psycho-Fusach!

Kiedy pijesz kawę lub herbatę, to wypijasz napój będący jej esencją. Na dnie kubka zwykle zostają fusy. Wszystko, czego doświadczamy w życiu, również zostawia fusy - emocjonalny odcisk. Jeśli przyjrzymy się mu bliżej, pobędziemy z nim, to doświadczymy odkrycia tego, co ważne, a co w psychoterapii nazywamy wglądem.

Mój blog, to notes dla moich wglądów, które pojawiały się w trakcie szkoleń, doświadczeń terapeutycznych, superwizyjnych, czy pracy w gabinecie.
Zamiast wysypywać je do kubła nieświadomości, dzielę się nimi - z Wami.

Mam nadzieję, że lektura bloga pozwoli Państwu odkryć to, co ważne.


Pozdrawiam -
Jakub Bieniecki

7 stycznia 2015

Postanowienia noworoczne



 Postanowienia noworoczne to długa tradycja. Tradycją jest też to, że u wielu spełzają na niczym :) Nie znam statystyk, ale strzelałbym, że jedna lub dwie osoby na dziesięć dotrzymują swoich postanowień i realizują założone na początku roku cele. Natomiast większość postanowień trafia szlag i wlicza je się na poczet tego, co stanowi tzw. Blue Monday - czyli najbardziej depresyjny dzień w roku, a który to przypada na trzeci poniedziałek stycznia. Czy postanowienia noworoczne to oszukiwanie samego siebie? Trochę siebie, trochę innych. Za naszą porażką stoi kilka ważnych rzeczy.

Po pierwsze, motywacja w przypadku postanowień jest zewnętrzna. Oczywiście chcemy schudnąć, rzucić palenie, zacząć ćwiczyć i z pozoru jest to nasze pragnienie, nasza potrzeba. Tylko jak to jest, że w ciągu roku w ogóle się za to nie bierzemy? Nie chce się, nie ma czasu, nie ma pieniędzy, nie ma pogody, blablabla... Nowy rok, jest jak nowy rozdział w naszym życiu. Coś się zaczyna, więc jest to dobra metafora do tego, żeby zapoczątkować w naszym życiu zmianę. Ale w tym wypadku jest to spontaniczna decyzja wywołana bardziej kalendarzem, niż naszymi przekonaniami. Przypomina to dobrze znane nam kłamstwa studenta: "od jutra nie piję", "od jutra się uczę". Powiedzmy sobie szczerze - studia to czas przedłużonej młodości, zabawy i tak dojrzałe deklaracje są co najmniej nie na miejscu. Dopiero czas sesji egzaminacyjnej przypomina nam, że moglibyśmy stracić ten piękny czas, więc lepiej temu zapobiec i trochę się pouczyć. Ci, którzy liczą na stypendia naukowe (za coś trzeba imprezować), przysiądą wcześniej. Bez zrozumienia naszego obecnego postępowania (piję, palę, objadam się, itd.), bez odpowiedniego planowania i przekonania (motywacja wewnętrzna), wydanie sobie rozkazu, nakazu, zakazu i innych postanowień jest po prostu krótkotrwałe. Zmiana - która jest główną ideą psychoterapii - to skomplikowany, nierzadko długi i trudny, proces. Deklaracja to za mało.

Po drugie, nasze postanowienia dotyczą najczęściej nawyków postrzeganych przez nas jako te złe. W psychoterapii pacjenci skarżą się na objawy, jakoby te były przeszkodą w ich życiu, lub źródłem cierpienia. Niestety nie wszyscy psychoterapeuci mają zgodne podejście do objawu. Część z nich, tak jak współczesna medycyna (psychiatria) dąży do usunięcia objawu - wycięcia, zatrucia, zniszczenia, uśpienia, itp. W medycynie nazywa się to leczeniem. Powtarzam pacjentom i osobom zainteresowanym psychoterapią, że takie leczenie (m.in. farmakoterapia, hipnoza), jest jak leczenie grypy antybiotykami, a przecież leki nie rozwiązują problemu chodzenia zimą bez czapki, prawda?
Podobnie nasze postanowienia noworoczne są próbą usunięcia jakiegoś objawu z naszego życia, bez zwrócenia uwagi na źródło problemu. Objaw jest jak podłożona zgięta kartka pod nogę kiwającego się stołu. Objaw jest potrzebny. Czegoś ważnego w naszym życiu zabrakło i w to miejsce pojawił się objaw. Dla przykładu, jedzenie i chwilowa przyjemność wypełnia w nas pustkę, która powstała z zupełnie innego powodu (brakuje kogoś ważnego, brakuje miłości). Oczywiście nasze nawyki mają różne przyczyny i wgląd samemu w tą sprawę wymaga od nas większej uwagi, czasami psychoterapii, w zależności od kalibru problemu.

Po trzecie, nasze postanowienia spełzają na niczym, gdyż oczekujemy natychmiastowej gratyfikacji. Postanowiłem - należy mi się nagroda. Było by miło, gdyby za same postanowienie noworoczne zleciało nam 10 kilo, ale tak to niestety nie działa :) Jesteśmy jak dzieci - chcemy szybko. Tymczasem ktoś, kto nie dbał o siebie kilka lat i przytył 20 kilogramów, nie stanie się nagle odchudzonym, dbającym o siebie i bliskich, dojrzałym człowiekiem. Nie stanie się nim w miesiąc, ani w trzy miesiące. To wymaga czasu. 

Skłania nas to także ku myśleniu o zmianie, jako o pewnym przemyślanym przedsięwzięciu. Wyciągnę kartkę spod stołu i teraz będzie się kiwał. Tak i my tracimy równowagę i pewnie będzie nieprzyjemnie, będziemy musieli włożyć więcej wysiłku. Trzeba iść po narzędzia, odwrócić stół do góry nogami, zmierzyć ubytek i dołożyć z tego samego drewna, skleić, zbić, wyszlifować. A może trzeba będzie piłować trzy pozostałe nogi, mierzyć poziomicą, wygładzać, szlifować, żeby osiągnąć efekty: stabilności stołu, równowagi i dobrego wyglądu. To jest męska porządna robota - bez popeliny. Odpowiedzialna i konsekwentna praca - dojrzała.

Będąc w górach, możesz na szczyt wjechać kolejką, a możesz wejść o własnych siłach. Jest różnica.

Zachęcam do zmiany i do dojrzałej pracy nad sobą. Bez popeliny. To owocuje. 

Sukcesów w Nowym Roku!

17 stycznia 2014

Portret Matki


Kiedyś w pewnej krainie, na rubieżach miasta, znajdował się przytułek prowadzony przez kapłanki. Trafiali do niego ludzie chorzy i niesprawni, zarówno z domów biednych i bogatych. Przytułek utrzymywał się głównie z darów od rodzin i bogatych ludzi. Plotkowano także, że na jego utrzymanie łożył sam władca, aby pozbyć się choć trochę problemu żebractwa z miejskich ulic.

W przytułku pod opieką kapłanek żył pewien młody mężczyzna, którego ciało odmawiało życia. Od najmłodszych lat co rusz, jakaś część ciała gasła i pozostawała bezwładna. Najpierw posłuszeństwa odmówiły nogi. Jego mięśnie straciły całą siłę, dlatego większość czasu mężczyzna siedział na parkowej ławce. Lubił obserwować przyrodę, napełniać się obrazem nieba. Po kilku latach życie opuściło także lewą rękę młodzieńca, więc i ta pozostała bezwładna. Aby podziwiać przyrodę przenoszono go w jego ulubione miejsce każdego dnia. Choroba także paraliżowała jego twarz, co sprawiło, że ledwo mówił. Nikt nie wiedział, co to za choroba. Miejscowi uzdrowiciele mówili tylko, że dusza opuszcza ciało młodzieńca. Na jego żartobliwe pytanie „dokąd się wybiera?”, stary kapłan odpowiadał – również w żartobliwym tonie – że „pewnie kogoś szuka”.

Młodzieniec lubił żartować. Był pogodzony ze swoim losem i cieszył się każdym dniem, który mu pozostał. Był wdzięczny swoim opiekunom, za wszystko, co dla niego robili. Życzliwością i dobrym humorem obdarowywał nie tylko opiekunów, ale również innych chorych. W ramach wdzięczności dzielił się również owocami swojej pasji. Mężczyzna od kilku lat malował. Ktoś naprędce zbił ze starych desek prostą sztalugę, na której każdego dnia wieszano kawałki lnianych szmat. Mężczyźnie stawiano na ławce kilka słoiczków z farbami i tak oddawał się malarstwu każdego dnia. A, że jeszcze jedną rękę miał sprawną, to ćwiczył ją co dzień z pędzlem. Malował przede wszystkim pejzaże – otaczające go scenerie. Jako, że siedział bez ruchu, to całkiem blisko podchodziły dzikie zwierzęta i przylatywały rozmaite ptaki. Każdy obraz, który malował był inny, choć przedstawiał podobną scenerię. Wszystkie natomiast były podobne w jednym – oddawały jego radość ducha i dlatego cieszyły oko. Można było odnieść wrażenie, że na obrazach zwierzęta, drzewa i chmury promienieją radością.

Nie dziwi też fakt, że jadący na dwór handlarze kupowali obrazy i sprzedawali je za całkiem spore sumy na podzamkowych targowiskach. Młody artysta nie chciał pieniędzy, bo nie były mu przecież potrzebne. Wszystko oddawał na rzecz przytułku, który był przecież jego domem. Z zarobionych pieniędzy zakupiono oczywiście nową sztalugę, pędzle oraz duży zapas farb.

Z czasem młodzieniec nauczył się malować również portrety. Chorzy, którzy przebywali w przytułku, a którzy pozowali do portretu, nie mogli się nadziwić, jak pięknie malował młody artysta. Malował tak, jak się nauczył. W każdym człowieku, mimo jego choroby, szukał chęci do życia, która stawała się niewidzialną farbą na palecie. Mieszał ją z każdym kolorem i powstawał obraz tak żywy, że wzbudzał zachwyt w każdym, kto na niego spojrzał. Pewnego razu namalował także nagą kobietę, która straciła w wiarę w miłość i nadzieję na znalezienie męża. Gdy spojrzała na obraz zapłonął w niej ogień, za którym oglądali się mężczyźni i jeszcze tego samego roku wyszła za mąż. Krążyły nawet plotki, że obraz sprzedała na zamku. Król znany ze swej lubieżności tak zachwycił się obrazem, że powiesił go w swojej sypialni. Inna plotka głosiła, że od tamtej pory wykuto między królewskimi sypialniami przepierzenie, a nawet zburzono całą ścianę na prośbę królowej.

Młodego artysty plotki nie obeszły i dalej malował tak, jak umiał.  Żałował tylko jednego, że nie może namalować portretu swojej matki. Zanim trafił do przytułku wychowywał się w sierocińcu. Był sierotą. Nie znał ani ojca, ani matki. Starszy kapłan opowiadał zasłyszane niegdyś plotki, że jego matka była służącą na królewskim dworze. Z niewiadomych powodów podwładni króla nakazali wygnać kobietę i słuch po niej zaginął. O ojcu młodzieniec nie słyszał żadnych plotek.

Pewnego razu tęskniąc za matką przyszedł mu do głowy pomysł. Poprosił, aby postawić obok sztalugi duże lustro i wpatrywał się w nie godzinami. Patrzył na swoje ciało i wyobrażał sobie, które z jego cech mogą być po matce, a które po ojcu. A że zmysł i czucie miał wprawne, dostrzegał subtelne różnice, radując się przy tym. Wziął pędzel do ręki i naszkicował kontur. Postanowił, że narysuje matkę siedzącą w takiej pozycji, jak układano jego ciało na ławce. Kilka dni zajęło mu namalowanie dłoni leżącej na udzie i kiedy dopracował szczegóły, coś dziwnego zaczęło się dziać z jego własną ręką. O poranku zaczął odczuwać kłucie, jakby tysiąc szpilek chciało wyrwać się z jego dłoni. Spędził sporo czasu w przytułku i wiedział, że ludzie, którzy stracili kończynę, nadal odczuwali w niej bóle i inne wrażenia. Nie przejął się tym i jak co dzień, wziął się do pracy. Coś jednak nie dawało mu spokoju, więc postanowił zażartować sam ze sobą. Uważnie prześledził jak poruszają się palce prawej dłoni, jak odczuwa mięśnie, jak poruszają się kości. I wyobrażał sobie to wszystko w bezwładnej dłoni. Wyobrażał sobie, że porusza siłą woli mięśnie, te poruszają kości, a jego palce podskakują i tańczą wesoło. Uśmiechał się przy tym sam do siebie i w pewnym momencie oniemiał. Jego palce drgnęły. Gdyby nie to, że był poranek, pomyślałby, że jest zmęczony. Próbował dalej i jego palce ponownie się poruszyły. Stary uzdrowiciel nie wiedział, jak to wytłumaczyć, więc powiedział z typową dla siebie pogodą ducha, że „może twoja dusza wraca z wędrówki”.

Mijały dni, a młodzieniec dalej malował przed lustrem. Namalował już barki, obie ręce i tułów. Ćwiczył przy tym swoje ciało i cieszył się, że odzyskiwał czucie. Kilka dni później poczuł jak ożywił się kręgosłup. Ludzie nie dawali wiary i mówili, że chyba stał się cud, że zdrowieje.  A młody artysta czuł wewnętrznie, że obraz, który maluje jest ważny. Im więcej portretu namalował, tym więcej czucia pojawiało się w jego ciele. Powróciło także do nogi i teraz artysta o kulach mógł się przemieszczać sam, jak za dawnych lat. Malował portret już kilka miesięcy, ponieważ większość czasu zajmowały go ćwiczenia fizyczne. Mijały kolejne tygodnie, a młodzieniec malował i ćwiczył.

Przyszedł dzień, w którym młodzieniec skończył malować oblicze matki. Portret był skończony. Przedstawiał młodą pogodną, uśmiechniętą i pogodzoną ze swoim losem kobietę. Artysta odłożył pędzel i paletę, stanął przed obrazem, spojrzał w oczy, które namalował i ze łzami w oczach powiedział:
„Mamo, jesteś”.


13 grudnia 2013

Zagraj nam Janie!

Przedstawiam Państwu opowieść o przemijaniu. Napisałem ją z myślą o problemie bezsenności. Polecam do czytania tło muzyczne - poniżej ścieżka dźwiękowa z filmu "Amelia".




Pewna kobieta od dwóch miesięcy nie mogła spać. Czekając na sen, ze złości wierciła się, przewracała z boku na bok, wzdychała. Wstawała z łóżka, by napić się ciepłych ziół, czytała nudną książkę, a kiedy przychodziła senność, znów zamykała oczy. Jak na złość, znowu nie mogła zasnąć i zmęczona tym wszystkim, z braku sił, odpływała chwilę nad ranem. Sen, nie dość, że krótki, był tak płytki, że kobieta wstawała do pracy, niczym pijana. Zdawało się, że za dnia, rzuca w domowników swoim kłębkiem nerwów, a oni odrzucali jej go na powrót. Nie dziwi więc, że opatulona swoją złością, wieczorem nie mogła spokojnie spać.

Dwa miesiące temu zmarł jej starszy brat Jan, który dożył wieku dostojnego, a który z wykształcenia był muzykiem. Grał na akordeonie, codziennie siedząc na swojej ulubionej ławce w parku. Siostra idąc do pracy często mijała grającego brata. Z jednej strony martwiła się o jego zdrowie, z drugiej podziwiała go, bo grał bez względu na pogodę. Czy upał, czy mróz, przygrywał ludziom idącym przez park, tym spokojnym i tym w pośpiechu. Ci, którzy pędzili, zwalniali lub zatrzymywali się i pewnie za tę chwilę spokojnego oddechu, dziękowali mu groszem. Ci spokojni, dzięki muzyce, podtrzymywali radość ducha, a ci smutni, czasem pozwalali sobie na łzy. Wszyscy chętnie wrzucali monety do futerału, jedni z wdzięczności, inni ze wzruszenia. Muzyka dotykała serc, bo płynęła z serca. Stary poczciwy Jan wyczuwał nastrój ulicy i co rusz zmieniał muzykę, by porwać dusze przechodniów. Ludzie zatrzymywali się, odpływali myślami, by po chwili ocknąć się i jak gdyby nic, pójść dalej przed siebie. Gdyby się przyjrzeć z boku, to widok był niesamowity. Wyglądało to tak, jakby Jan magicznym klawiszem akordeonu zatrzymywał czas. Nic więc dziwnego, że Jana i jego muzykę kochali wszyscy. 

Nic dziwił też fakt, że kiedy jego siostra kładła się spać, płakała za nim, a gdy zamykała oczy, widziała i słyszała, jak gra na swym ukochanym akordeonie. Znała niemal na pamięć jego ulubione melodie. Nie mogąc spać, myślała o pustym parku, bo bez muzyki, właśnie takim się stał. "Już ciebie nie ma Jasiu" - tęskniła w myślach. Sama świadomość tego, że był zawsze w jednym i tym samym miejscu, dawała jej poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Teraz głupie myśli towarzyszyły jej przed snem, że być może ona jest następna, a przecież to za wcześnie... 

Mijała kolejna bezsenna noc i kolejny zmęczony dzień. Pewnego wieczoru postanowiła położyć się wcześniej i gdy zamknęła oczy, znów usłyszała melodię płynącą z akordeonu. Coś jednak było inaczej. Jakby muzyka płynęła z zewnątrz. Uznała, że to prawdopodobnie z niewyspania umysł płata jej figle. Otworzyła oczy, lecz muzyka nie ustawała. Gdy otworzyła okno, dźwięki stały się jakby wyraźniejsze. 
- Słyszysz? - zapytała męża, który również poirytowany tym, co ostatnio działo się z żoną, odpowiedział pytająco: 
- Czy słyszę "co"?
- Muzykę. 
- Nic nie słyszę - westchnął, spoglądając przy tym na żonę zmartwionym wzrokiem.
- Przejdę się - skwitowała ostatecznie kobieta licząc, że łyk świeżego powietrza pomoże jej zasnąć po powrocie. 

Zarzuciła płaszcz, wsunęła pantofle i ruszyła na spacer. Słyszała wyraźnie, że ktoś nieopodal gra na akordeonie. Szła więc tam, skąd dochodziła muzyka. Dziwne, bo nikt w tej mieścinie nie grał tak dobrze na akordeonie, jak jej brat. Czyżby ktoś zajął jego miejsce? W parku nikogo nie zastała. Szła więc dalej za muzyką, słysząc ją coraz głośniej. Zdziwiła się bardzo, bo wiedziała, że aleja, którą idzie, prowadzi w kierunku cmentarza. "Chyba jestem chora na umyśle" - pomyślała, ale szła dalej przed siebie, aż w końcu znalazła się przed cmentarną bramą. Była na przemian to zbulwersowana, to zdziwiona i zaniepokojona. Pomyślała, że ktoś sobie urządza koncert na cmentarzu, albo z nią już jest naprawdę źle.
"Może powinnam odwiedzić psychiatrę?" - pomyślała. 

Metalowa brama cmentarna, jak zwykle, zapowiedziała swym skrzypnięciem wizytę gościa. Muzyka jakby przycichła, a kiedy kobieta weszła na dobrze znaną sobie alejkę, było słychać tylko niepewne pojedyncze dźwięki, aż w końcu nastala cisza. Kobieta dotarła nad grób brata, rozejrzała się. Żadnego śladu. Nikogo. Spojrzała na zdjęcie widniejące na nagrobku. Na małym portrecie uśmiechnięty brat trzymał akordeon, z którym go nota bene pochowano. Pomodliła się, po czym wróciła do domu.

Nazajutrz sytuacja się powtórzyła. Znowu kobieta słyszała muzykę i znowu wyszła na spacer, lecz nie złapała na gorącym uczynku żartownisia z akordeonem. Sytuacja powtarzała się co kilka dni i kobieta znalazła się już na skraju roztrojenia nerwowego. Obmyśliła plan. W sobotę, zanim zaszło słońce, poszła na cmentarz i usiadła daleko przy nieznanym sobie grobie, ale tak, by móc obserwować grób brata. Chciała przyłapać grajka na gorąco. 

Nastał wieczór, przyszła noc i nadal się nic nie działo. Pomyślała, że prędzej zaśnie na tej ławce z nudy i na tę myśl uśmiechnęła się sama do siebie. Kiedy księżyc wzeszedł wysoko na niebie, zobaczyła ludzi, którzy gromadzą się przy grobie brata. Ktoś w środku niewielkiego tłumu zaczął grać na akordeonie.  Popłynęła muzyka. W przerwie, przed kolejnym utworem tłum radośnie zawołał: "Zagraj nam Janie, nim świt nastanie!", po czym niezwykle uzdolnione palce tchnęły duszę w instrument i znów popłynęła muzyka. Kobieta ze złością ruszyła przed siebie, żeby ostatecznie rozprawić się z towarzystwem. Gdy zbliżała się do grobu muzyka ucichła i zwolniła tak, jakby między kolejnymi akordami grający chciał usłyszeć, czy ktoś nadchodzi. Zanim podeszła do grobu, całe towarzystwo jakby się rozpłynęło. Rozejrzała się wokół - ani żywej duszy! Gdy odwróciła się w kierunku grobu, na ławeczce ujrzała brata z akordeonem. Uśmiechnięty zapytał: "Jest noc, dlaczego nie śpisz siostro?", po czym zniknął. 

10 grudnia 2013

Ogień i woda





Nie wiem, gdzie leży ta kraina i czy naprawdę istnieje, ale pozwólcie, że Wam o niej opowiem. A jest to historia przedziwna. 

W krainie tej żyły dwa plemiona. Na Północy Plemię Lodu, a na Południu Plemię Ognia. Ich ziemie rozdzielała bystra rzeka. Północną część krainy pokrywały tafle zamarzniętych jezior i przysypane śniegiem drzewa. Niebo było błękitne, choć panująca nieustannie mgła, dodawała krainie szarości. Północna ziemia pękała od mrozu, a rozgałęzione szczeliny wypełnione były zamarzniętą woda. Natomiast południową część krainy pokrywały liczne skały i ziejące ogniem wulkany. Choć na południu niebo nabrało od ognia koloru czerwieni, to panował mrok od wszechobecnego popiołu. Wysuszona od gorąca ziemia pękała, a jej szczeliny wypełniała wulkaniczna lawa.

Nikt nie widział, czy to plemiona czyniły ziemię mroźną lub ognistą, czy to ziemia czyniła plemiona takimi, jakie są. Od wieków jednak plemiona walczyły ze sobą o panowanie nad całą krainą. Jeśli w bitwie było więcej Ludzi Lodu, ich moc niszczyła energię Ludzi Ognia, po czym ofiary gasły i zamieniały się w proch. Jeśli przewaga była po stronie Ludzi Ognia, ich moc paliła barierę ochroną Ludzi Lodu, a ich ciała parowały i rozpływały się wodą. W miejscach klęski Plemienia Lodu pojawiała się mgła oraz powstawały zamarznięte jeziora. Tam, gdzie pokonano Plemię Ognia, proch łączył się i przeobrażał w skały.

Istnieje legenda o pięknej Lodowej Jutrzence. Młodziutka Jutrzenka mieszkała blisko rzeki i właśnie tam najczęściej wybierała się na spacer. Patrząc na rzekę rozmyślała o przemijaniu i niekończącej się wojnie. Ta sama legenda mówi o lśniącym Wieczornym Płomyku. Młody Płomyk mieszkał po drugiej stronie, również blisko rzeki. Znudzony wojną często siadał na kamieniu i wpatrywał się w rzekę zastanawiając się, ile wody jeszcze upłynie, zanim coś się zmieni w całej krainie. 

I pewnego razu jego nudę przerwał widok, zbliżającej się z drugiej strony, lodowej panny. Ukrył się więc za kamieniem i przyglądał się bacznie. Kryształowo lśniące ciało o gładkich kształtach, błękitne oczy i połyskujące usta. Włosy Lodowej Jutrzenki pokryte były śniegiem. Wieczorny Płomyk tak się zachłysnął widokiem, że zapomniał, iż patrzy na odwiecznego wroga. Zmarszczył brwi i z przekąsem na twarzy wrócił do domu. W nocy nie mógł zasnąć, bo gdy zamykał oczy, to co rusz widział lodową pannę. Zły był przy tym na siebie, że tak się za dnia napatrzył.

Nazajutrz próbował znaleźć sobie zajęcie, jednak obraz panny nie dawał mu spokoju. Rozejrzał się zatem, czy nikt go nie pilnuje i ruszył nad rzekę. Nad rzeką nikogo nie widział, więc przysiadł na kamieniu i wpatrywał się w wodę. Nie wiedział jednak, że za drzewem ukryła się Lodowa Jutrzenka. Tym razem ona wypatrzyła go pierwsza i z bijącym sercem przyglądała się młodzieńcowi. Pod twardą i ciemną od popiołu skórą widziała płynącą w żyłach lawę. W miejscu serca ciało promieniowało ogniem, dokładnie tak, jak oczy młodzieńca. Gdy wpatrywała się w lśniące płomyki poczuła, jak coś rozgrzewa ją od środka i tak się wystraszyła, że uciekła do domu. Również ona nie mogła spać, bo gdy zamykała oczy, widziała oczy młodzieńca i bijący w nich żar, a wtedy doznawała tego dziwnego uczucia ciepła. Była zła na siebie, bo nie rozumiała, dlaczego to uczucie choć przerażające, było przyjemne.

Zarówno Lodowa Jutrzenka, jak i Wieczorny Płomyk podglądali się wzajemnie, bowiem nie mogli się oprzeć uczuciom, które wołało ich nad rzekę. Nastał jednak dzień, w którym wydarzyło się nieuniknione. Jedno skrywało się za kamieniem, drugie za drzewem. Czekali tak zniecierpliwieni, lecz nikt się nie pojawiał na oczach drugiego. Lodowa panna zrobiła krok zza drzewa. W tej samej chwili zza kamienia postanowił wyjść ognisty młodzian. Stali tak naprzeciw siebie bez ruchu, i nie wiadomo było, czy młodzian spalił się ze wstydu, a panna zamarzła ze strachu, czy też było odwrotnie. 

To, co poczuli dalej, było o wiele silniejsze. Młodzian, patrząc w błękitne oczy, doznawał obezwładniającego spokoju i ukojenia, zaś jego skóra miękła i nabierała wrażliwości na dotyk. Rozkosznie paraliżujące spojrzenie sprawiało, że nie wiedział, co się z nim dzieje. Pragnął jednak więcej. Lodowa Jutrzenka, zapatrzona w płomienne oczy, czuła jak jej ciało rozgrzewa się w środku. Ciepło rosło falami i sprawiało, że jej ciało przyjemnie drżało. Jakaś większa siła przyciągnęła ich do siebie i tak oto stali już przed sobą, na drzewie leżącym na rzece. Uczucie ciepła tak ogarnęło Jutrzenkę, że brakowało jej oddechu. Serce biło jej coraz szybciej z każdą następną falą. Bała się tego, co za chwilę się stanie, jednak nie mogła oderwać wzroku od iskrzących oczu. Fala gorąca wstrząsnęła jej ciałem tak, że niemal upadła. Złapał ją Wieczorny Płomyk i przytulił do siebie. Poczuł, jak jego wewnętrzny ogień rośnie, pulsuje i wybucha niczym wulkan. Nieznane dotąd uczucie wstrząsnęło nim tak mocno, że oboje upadli. Zapatrzeni w swoim spojrzeniu połączyli dwa światy, chociaż żadne z nich nie było w stanie teraz myśleć ani o wojnie, ani o swoich domach. Płomyk pochłonięty spojrzeniem nie widział, jak ciało młodej Jutrzenki stopniowo się rozpływa. Podobnie pochłonięta Jutrzenka nie widziała jak gaśnie ciało Płomyka. Dwa splątane ciała stopiły się w jedną materię, która po chwili eksplodowała promieniami we wszystkich kierunkach. 

Wybuch spowodował huragan, który na Północy rozgonił mgłę, a na Południu zebrał cały popiół i ukształtował go w wielką kulę. Kiedy kula pochłonęła ogień wulkanów, huragan wyniósł ją wysoko ponad niebo. Ciepłe promienie, padające z góry na krainę, roztopiły cały lód Północy. Para powstała z roztopów ukształtowała na niebie chmury, z których potem spadł deszcz. Woda ugasiła rozżarzoną ziemię Południa, wypełniła również szczeliny, po czym wsiąkła w ziemię czyniąc ją miękką i żyzną.  

A co stało się z plemionami? 
Wspomnij o nich będąc w górach lub pływając po morzu.

26 listopada 2013

Smocze łuski

Z radością przedstawiam Państwu nową bajkę terapeutyczną. Napisałem ją z myślą o osobach, które są autoagresywne - drapią się, gryzą, mają choroby skóry, np. atopię (AZS), łuszczycę. Z powodzeniem można przedstawić bajkę osobom z zaburzeniami odżywiania (anoreksja, bulimia) oraz wszystkim tym, którzy zwykli mówić, że mają zaniżoną samoocenę. Czy bajkę można czytać dzieciom? Wasza decyzja.

Dawno dawno temu, w odległym hen kraju, wybrał się łowczy z kuszą do gaju.
A lasy tamtejsze w zwierzynę bogate - to ptaki, to dziki, jelenie rogate.
Oko miał bystre, serce ze stali. Trafiał on celnie nawet z oddali.
Ptaków strzelił w swym życiu bez liku, marzył więc łowczy o wielkim byku.
Co by poroże miał wielkie, jak drzewo. Niechaj ludziska we wsi uwierzą,
Że młodzi, odważni potrafią polować. Kuszą z oddali - w serca celować.
Tylko jednego się bali myśliwi i przecież nikogo to wcale nie dziwi -
Smoki od wieków krainą władały, każdy przed smokiem stawał się mały.
Paszcze ogromne, wielkie zębiska, a w gardłach smoków płonęły ogniska!
Całe zielone, na głowie rogate, z długim ogonem, wielkie, skrzydlate.
Kto nie wierzy w taką plotę, że bywają smoki złote, 
niech po lesie sam nie kroczy, bo go strawi oddech smoczy.

A nasz łowczy, dzielny chłop, w lesie znalazł jakiś trop.
Klęka, patrzy i nie wierzy, łuska smocza w trawie leży!
Lekka niczym płatek z kwiata, duża, twarda, chropowata.
Całkiem ładna, w kształcie łezki, lecz w kolorze jest niebieskim!
Idzie dalej młodzian, duma, umysł prosty, więc nie kuma:
"Jak to, smoki są niebieskie? Nie zielone, nie królewskie -
złote, co to o nich mówią?". Wnet wzrok jego coś przykuwa!
We mchu leży łuska zacna, lecz w kolorze jest szkarłatna!
Karminowa, jakby krwista, wziął ją łowczy i zagwizdał,
ze zdumienia oczywiście! Już odgarnia młodzian liście,
czy ich więcej gdzie nie leży... Wtem na karku włos się jeży -
myśliwemu, bowiem słyszy, ktoś gdzieś sapie, prycha, dyszy.
Za pień skacze, ściąga kuszę, na ramieniu trzyma duszę.
Wzrok wytężył i w skupieniu, dostrzegł bestię przy kamieniu,
Chciał się zbliżyć, na kucaka, lecz by gałąź żadna jaka,
Nie strzyknęła mu pod butem, jął się czołgać, co atutem,
myśliwego było - wielkim sprytem, podejść zwierzę, lecz ukrytym!
Przygląda się z bliska smoku, to z przodu, to trochę z boku.
Łuski ma smok aksamitne i wszystkie czerwono-błękitne!
Wielki łeb, a na nim rogi, już trzęsą się chłopu nogi.
Nozdrza duże i szerokie, kręci głową gad na boki.
Gryzie się, skórę rozdziera, cóż to za smocza maniera?
Zębami się szpeci i kłuje, łuski odrywa i pluje,
Skórę rozcina róg smoczy, krwią cała bestia się broczy.
Co dalej widział myśliwy, to nic tylko same dziwy.
Smoczej rozmowy był świadkiem, słuchał więc łowczy ukradkiem.
Nie wiedział o czym jest mowa, bo nie znał smoczego słowa...

Zielony smok z góry nadleciał, i przysiadł i ślipie swe wlepia:
- Cóż czynisz bracie smoku?
- Nie cierpię swojego widoku! Kolory mam straszne, paskudne!
- Hej bracie smoku, one są cudne!
- Czerwone, niebieskie - tfu! - skąd się wzięły! 
- Pewnie od matki twej się przyjęły, i od smoka - ojca twojego.
- Tfu! Nie chcę koloru takiego! Co to za smoki ohydne wręcz były, że przed wszystkimi, tak oszpeciły. Szpetne mam życie, ukrywać się muszę. Niech mnie zastrzelą, przebiją duszę!
- Nie brakuje bracie smoku, w niebiańskim obłoku, smoków pięknych złotych...
- Wiem o tym!
- A wiesz, że są to smoki leciwe, dziadki dostojne...
- Ich życie obdarowało hojnie! Ja nic nie dostałem, tylko wstręt i pogardę. Życie takie niewiele jest warte.
- Gardzisz sam sobą, bracie smoku. I kolorami, co masz je na boku. Złotym każdy smok kiedyś się staje. Jeśli przyjmuje, to co dostaje. Gdy wyrwiesz łuskę, nic nie zostanie. Zaraz cię człowiek kuszą dostanie...

Odleciał zielony skończywszy rozmowę, a łowczy patrzy i drapie się w głowę: 
"Smoka sam jeden, nikt nigdy nie dorwał, ten słaby, sam zbroję swą porwał!"
Kuszę pochwycił, bełtem uzbroił, do smoka skoczył i dwoił, się troił. 
Skakał przed smokiem, celował z kuszy. Czekał i patrzył, czy smok się poruszy. 
I czekał, aż łeb swój obróci smoczy. Chciał bestii spojrzeć głęboko w oczy. 
I już miał zwolnić bełt ostry z kuszy, lecz coś łowczego ukuło w duszy -
Smutne było spojrzenie smocze, zrezygnowane i szkliste miał oczy. 
"Strzelaj idioto" - myśl jedna mu skacze. Jednak nie może, bo serce mu płacze.
Żal mu było zabijać smoka, i łza popłynęła łowczemu z oka. 

Powrócił łowczy do wsi - swojej chaty. Wkrótce był sławny, nawet bogaty.
Łuski sprzedał niebieskie, czerwone, zakupił je sam król, kolekcjoner!
Młodemu łowcy dał sporą nagrodę: złoto, ziemię i dwór wraz z zagrodą.
Po całej krainie wieści rozbiegły, że łowczy odważny oraz przebiegły,
Że smoka sam jeden ubić potrafił. Nie wiedział nikt, że smoka nie zabił...

Smok wtedy zdumiał się w swej rozterce, że ktoś zobaczył złamane serce.
Zwykły go człowiek, ot tak, pokochał. Smok ze wzruszenia, też wtedy szlochał.
Docenił swe życie, co dostał w honorze. Zjawiał się czasem w łowczego dworze,
Łuskę złotą mu w darze zostawiał, którą to potem łowczy sprzedawał.

Łowczy ukrywał historię w duszy. Nigdy już także nie strzelił z kuszy.
Mi było dane z łowczym rozmawiać, po to, by słowa wam te przekazać:
Uwierzcie, to nie są żadne ploty - każdy smok kiedyś staje się złoty!
Serce ze stali też staje się złote, gdy miłość przyjmuje - dając ją potem.